Blog > Komentarze do wpisu
Startujemy

Zapraszam na spacer po ulicach Nowego Jorku, a właściwie jego kwintesencji, czyli Manhattanie. Przez całe dwa tygodnie mojego wrześniowego pobytu w tym mieście poza Manhattan wyprawiłam się tylko dwa razy- do Ogrodu Zoologicznego na Bronx i na lotnisko JFK w dniu wylotu do domu. Przypadkowego przeoczenia właściwego przystanku metra i przejechania przez tunel pod East River na Brooklyn nie liczę ;)

NY budził we mnie bardzo różne uczucia. Wcześniej nawet wcale nie miałam zamiaru się tam udawać- przynajmniej dopóki nie zostaną zniesione wizy dla Polaków, jako że cała upokarzająca procedura wymyślona w celu otrzymania owej wizy skutecznie zniechęcała mnie do podejmowania takowej podróży. Pomyślałam sobie, że za stara już jestem na wystawanie w mrozie pod konsulatem i udowadniania komuś, że Ameryka to nigdy nie był kraj, w którym pragnęłabym nielegalnie zostać i sprzątać czyjeś kible, zamiast, na przykład, zupełnie legalnie wyjechać sobie do dobrze opłacanej pracy w zawodzie gdzieś w Europie. Wkurzała mnie zawsze megalomania Amerykanów i ich przekonanie, że dla każdego USA to szczyt marzeń i pragnień.
Jednak różnica zdań ze Starszą Córką na tematy wyjazdowe, tudzież brak możliwości (rok temu podejmowałam ową decyzję i taki był stan na tamten czas) przyjazdu mojego Brata do Polski, chęć poznania Bratanka i zobaczenia się z ulubioną Bratową przeważyły i postanowiłam się przemóc i o ową wizę nieszczęsną wystąpić. Najgorzej nie było- nikt mnie jakoś nie podejrzewał, że zamierzam w USA pozostać, więc niczego nie musiałam udowadniać. Wiże dostałam bezproblemowo, chociaż nie obyło się naturalnie przed przytupywaniem na mrozie pod krakowskim konsulatem- to się już od lat nie zmienia.

Pierwsze wrażenia po przlocie pozytywne nie były- NY to miasto nie dla mnie, to w ogóle nie jest miasto, w którym chciałabym się znaleźć. Czułam się malutka, zagubiona, zestresowana, wszystko było za wielkie, zbyt hałaśliwe, brzydkie.
Ma jednak swój urok ukryty i magię to miasto, już po paru dniach moja niechęć wyewoluowała w zainteresowanie, a po kolejnych znalazłam wiele miejsc, które pokochałam i  w które mam nadzieję jeszcze kiedyś wrócić. Bo w NY trzeba po prostu głowę mieć zadartą do góry, żeby zobaczyć piękno drapaczy chmur i starania budowniczych, żeby nie byly to tylko nudne sześcianiki. Trzeba się powłóczyć po Central Parku, wjechać na taras Metropolitan Museum, zagłębić w uliczki China Town, poprzepychać w tłumie Włochów w Little Italy świętujących akurat San Gennario. Ach, i posmakować tych wszystkich pyszności serwowanych na każdym kroku, tych chińskich specjałów niepodobnych do niczego, co wcześniej jadłam, sushi, które pokochałam...

Bo to jest miasto,  w ktrym znajdzie się chyba wszystko- tylko czasem trzeba trochę dłużej posiedzieć przd kompem i poszukać, a potem pozaśledzać na mapie.

Nie, nie chciałabym tu zamieszkać. Aż tak daleko moja sympatia nie sięgnęła i chyba nie sięgnie. Ale wrócić- o tak, na pewno jeszcze kiedyś wrócę :)

A na początek- taki właśnie widok witał mnie co rano, gdy wyglądałam sobie przez wielkie okno na 32 piętrze:)

poniedziałek, 17 listopada 2008, dsmiatek

Komentarze
2008/11/17 11:50:59
Ja co prawda nigdy nie byłam, ale zamieszkać bym chciała, tylko na normalnych zasadach. Niestety póki co to niemożliwe.
Pozdrawiam serdecznie.
-
2008/11/18 09:13:22
Tak się właśnie zastanawiam, tyle jest książek o matkach w NY, czyli jakoś żyją tam rodziny z dziećmi. Może rzeczywiście nie jeżdzą metrem tylko limuzyną z kierowcą i mieszkają w apartamencie przy Central Parku. Czyli trzeba mieć kasę, żeby tam mieszkać:)
Ale zobaczyć NYC bym chciała...
-
2008/11/18 11:28:54
Monstermamo, są i żyją naturalnie. Myślę jednak, że rodziny z dziećmi preferuja raczej przedmieścia i mały domek z ogródkiem niż apartament na Manhattanie. Ja w końcu towarzyszyłam takiej matce z małym dzieckiem (czyli mojej bratowej) i uznałam, że wolę swoje życie w Krakowie- pod wieloma względami jest łatwiejsze. Trudno mi było sobie wyobrazić na przykład, jak byłaby ona w stanie sama z wózkiem i dzieckiem plus wszystkimi niezbędnymi dla dziecka i dla niej akcesoriami (zwykle jest to duzy plecak plus parę rzeczy ekstra) przejechać od siebie metrem na przykład do Central Parku, nie umordowując się przy tym i bez wypadnięcia dysku przy targaniu wózka z zawartością po schodach do i z metra. Przy ich stacji (Downtown, stacje maja tam ze sto lat i trudno je zmodernizować) windy nie ma.
-
2008/11/29 17:35:37
Zycie w NY jest bardzo drogie. Wiekszosc znajomych moich i nie moich stac na bardzo malutkie mieszkanko, wiekszosc nie mieszka na Manhattanie, tylko w innych dzielnicach. Ale przestepczosc jest znacznie nizsza niz np. u nas w Philly. No i metro jest super, mozna dojechac wszedzie i szybko. Ostatnio jadac tutaj metrem zastanawialam sie jak to by bylo z wozkiem, bo wind nie ma. Ale pozytywy dla dzieci sa takie, ze jest bardzo duzo muzeow dla dzieciakow, ze mozna pojsc do ksiegarni, usiasc na podlodze i czytac ksiazki i zazwyczaj w kazdym kawowym barze/ksiegarni jest przewijak i specjalne duze przebieralnie w sklepach ;) Philadelphia zdecydowanie jest bardziej zielona, autobusy obnizaja podloge, choc za duzo wozkow jezdzacych nie widzialam, wiecej osob niepelnosprawnych ( w autobusie maja specjalne miejsce aby zapiac wozek). NY byl zawsze dla mnie miejscem do odwiedzenia na dzien, nigdy nie spalam tam i zastanawiam sie jak to wyglada od tej strony. Mama przylatuje juz niedlugo wiec zastanawiam sie czy uda mi sie znalezc jakies normalne ceny hoteli. A wracajac do czekania na wize, pare notek wyzej pisalas, ze kiedys tam dostalas zielona karte, co sie z z nia stalo? Pozdrawiam!