RSS
piątek, 12 grudnia 2008
Idąc Piątą Aleją...

Można się napatrzyć- na sklepy, na ludzi przeróżnych, na szyldy i marki, które znało się dotąd tylko z gazet. A przede wszystkim na domy, wyszukując wśród nich prawdziwe perełki.

Czy nie fajna ta góra? Szkoda tylko, że tak wysoko.

Nowojorska Biblioteka Publiczna:

Gołąbki nic sobie nie robiły ze srogiej miny lwa

Czytelnia

Tekst specjalnie dla fanek/fanów czytania

Widok na Chrysler Building- w nocy wygląda on dużo fajniej

Dworzec Główny:

Dworzec Główny, a właściwie tylko orzeł na jego fasadzie- dworzec jest wspaniały, wielopoziomowy i, co przy naszych dworcach dziwne, dośc czysty. Co prawda nie leży on przy samej 5th Avenue, ale zupełnie blisko, więc się na spacer Aleja załapuje.

Też dworzec i otoczenie

Hall główny dworca

Jeden z budynku na przeciwko głównego wejścia na dworzec

I drugi- trochę przypomina mi ukochane włoskie miasta

A teraz odrobina architektury pruskiej

A teraz Centrum Rockefellera:

I katedra świętego Patryka:

Wnętrze katedry

I akcent polski w nowojorskiej katedrze.

I położony całkiem niedaleko kościół w stylu francuskich katedr, nazwy zapomniałam :(

Kolejny kościół parę kroków dalej.

I następne ciekawe budynki:

Trump Tower- czy te drzewa w szkle nie sa zachwycające?

I reszta Wieży Trumpa

Tiffany

Zachwyciła mnie ta wieżyczka :)

I to też Piąta Aleja:

Fasada Metropolitan Museum of Art

I chodnik przy muzeum

Domek naprzeciwko

Spojrzenie na budynki Fifth Avenue z perspektywy Central Parku.

21:44, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 grudnia 2008
Jeden dzionek w zoo na Bronx'ie

Warto poświęcić jeden dzień na spacer po zoologu na Bronx'ie. Ja w ogóle lubię ogrody zoologiczne- te nowoczesne, gdzie zwierzaki mają duże wybiegi pełne zieleni. W NY dodatkową atrakcją były tematyczne ekspozycje- Kongo z gorylami, okapi i śmiesznymi świnkami, Lasy Deszczowe Azji, wspaniały pawilon z ptakami, gdzie patki można było oglądać bez szyby i siatki. Fajna też była motylarnia. No i w ogóle cay teren zoologu, duży, połozony w pięlnym parku, wśród drzew, ze skaczącymi wszędzie wiewiórami- nie tylko tymi dużymi szarymi, były też te małe pasiaste krótkoogonkowe od Chipa i Dale'a.

To taka mała próbka tego, co w zoologu można było zobaczyć. Jak to w nowoczsnych ogrodach zoologicznych jest przyjęte, bylo też coś dla dzieci. I nie tylko place zabaw, sklepiki z pamiątkami i słodyczami, kolejkę naziemną czy linową mam na myśli. W wielu miejscach były odpowiedzi na ulubione dziecięce pytanie "dlaczego?", "po co"i "jak"- na przykład  dlaczego ptaki mimo braku siatki czy szyby nie wylatują ze swoich pomieszczeń, albo jakie gniazda budują, jakie mają dzioby czy łapki w zależności od sposobu życia i odzywiania.

Lubię odwiedzać takie zoologi.

22:13, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 29 listopada 2008
Dolny Manhattan raz jeszcze

Okazuje się, że tyle tu wartych zobaczenia miejsc, że jednym wpisem załatwić się ich nie da. No to dziś wpis drugi.
Na początek Chinatown:

To zdjęcie z chińskiej restauracji, w której jedliśmy brunch. Było pyyyysznie. I dużo. I jak na tak pysznie i tak dużo- tanio. Obsługa prawie nie mówiła po angielsku. Nie wiedziałam właściwie, co jem. Między stolikami krążyły panie pchające wózeczki, na których piętrzyły się talerzyki i miseczki z jedzonkiem do niczego niepodobnym. Wystarczyło sięgnąc i sobie zabrać. A pani wbijała na leżącej na stole kartce pieczątkę w odpowiedznią rubryczkę. Naskładaliśmy tych pieczątek sporo. Warto było choćby dla samego brunchu w Chinatown pojechać do NY.

A co poza tym w China Town- dla mnie kompletna egzotyka, miejsce, jakiego na pewno nie widziałam do tej poty. W niedzielne przedpołudnie na placyku przed jakimś urzędem dwoje starszych ludzi gra w kometkę. W pobliskim parku ktoś ćwiczy tai chi. Obok pan z mieczem samurajskim trenuje- jaido może? Na ulicach stanowiska pucybutów. I zupełnie inne zapachy, chińskie napisy na szyldach, nieznane owoce i warzywa na straganach...

Dwa obrazki powyżej to tak trochę  branży mojej, zwłaszcza ten drugi- Centrum Diagnostyki Obrazowej w Chinatown ;-)

Na chwilkę weszłyśmy do buddyjskiej świątyni.

A teraz już sąsiadująca z chińską dzielnicą Little Italy- akurat trwało świętowanie San Gennario. Na uliczkach jedna wielka fiesta- stragany, knajpy, konkursy. Kolorowo, hałaśliwie, wesoło- jak to we Włoszech. I zupełnie inna atmosfera, inne zapachy niż w Chinatown.


Zdjęcie przez dziurkę od klucza w bramie przykościelnego cmetarza w Little Italy (może nawet była to dawna katerdra św. Patryka?)
A jaki ja pudding ryżowy w Littke Italy jadłam! I w jakiej fajnej knajpeczce! Nie była to co prawda włoska knajpeczka, ani włoski specjał. Chętnie bym tą puddingową knajpkę do Krakowa przeniosła, żeby spróbować pozostałe smaki puddingów (tylko dwa jadłam :-(, a było ich ze dwadzieścia, o ile nie więcej)

A dalej chyba ulice Noho

I z powrotem bliżej cypla- kaplica św. Pawła z 1766r., w której modlił się Jerzy Waszyngton. Kaplica stoi przy Broadway'u, tuż obok miejsca, gdzie stały wieże WTC.

I Fraunces Tavern z 1719r., w której Jerzy Waszyngton bywał i wydał nawet pożegnalny obiad.

Oraz zabytkowe domy w okolicy Fraunces Tavern.

A to na skwerku przy Magistracie

Nowojorski ratusz- bardzo imponujący to on nie jest

Municipal Building

Ulubiony Woolworth Building- codziennie odkrywałam na nim coś nowego fascynującego. I codziennie witał mnie rano i  mówił dobrej nocy wieczorem jego widok z okien pokoju.

 

Jakby ktoś chciał zamieszkać w Downtown- proszę bardzo, zabytkowy zapewne (bo mały taki) domeczek "for sale" ;-)

I powrót do "domu"- latarnia morska na rogu South Seaport Street.

23:16, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 24 listopada 2008
Spacer po Downtown

Downtown- miejsce, gdzie zaczął się Nowy Jork. Dla mnie też NY zaczął się tutaj. Z lotniska trafiłam właśnie na Dolny Manhattan i codzień rano na tą część miasta spoglądałam z wysokości "mojego" 32 piętra. Początkowo bardzo mi się nie podobała, wydawał się tak chaotyczny, wąskie ulice-kaniony, zatłoczone chodniki. A do tego remonty na każdym rogu, bynajmniej nie ułatwiające życia. Potem go polubiłam- najbardziej South Seaport Street. Ale też Battery Park, okolice ratusza, cmentarz przy Trinity Church. Tu można zobaczyć jeszcze stare nowojorskie kamieniczki, a tuż obok szklane wieżowce. Tu spotyka się spieszących na lunch maklerów z giełdy, a po południu elegancko ubrane w "służbowe" kostiumiki czy sukienki kobiety, dzierżące szpilki w garści, a na nogach mające wygodne adidasy- która Polka by się na to odważyła! Polubiłam Downtown, zorientowałam się w układzie ulic- wrócę jeszcze się powłóczyć po tych wąskuch uliczkach.

Widok z okna- tym razem w dół 32 pieter

Zupełnie się nie dało pokazać na zdjęciach niesamowite kontrastu, jaki stanowił maleńki kościółek i domek, w którym mieszkała pierwsza amerykańska święta Elisabeth Seton. Domek malutki wciśnięty między dwa drapacze chmur ze szkła. Właściwie to one się obok niego usadowiły, bo przecież był tu pierwszy.

Jedna z tysięcy wiewiórek kicających po każdym trwaniku- ta w Battery Park.

Miejsce pamięci o ofiarach 11.09.2001- rzeźba ta stała przy WTC i w takim jak obecny stanie "przeżyła" zawalenie dwóch wież- została tu przeniesiona i ustawiona na pamiątkę temtego dnia i tych, którz zginęli.

A tak wyglądało miejsce po WTC we wrześniu 2008r.- budują się nowe wieże

Trinity Church widziany w Wall Street

i cmentarz przy Kościele św. Trójcy

Wall Street

I to Wall Street

Federal Hall i posąg Jerzego Waszyngtona- w tym właśnie miejscu Waszyngton został zaprzysiężony na pierwszego prezydenta USA.

I tuż obok- New York Stock Exchange, czyli słynna nowojorska giełda.

Jek jest Giełda musi też być byk- ale, niespodzianka, szukałam go przy Wall Street, a tymczasem skubany przy Broadway'u sobie stoi

A niedaleko byka- Bowling Green- niewielki skwerek, wart uwieńczenia na zdjęciu, jako, że był to pierwszy nowojorski publiczny park

A w tym "niedużym" beżowym budynku z attyką mieści się Bank Rezerw Federalnych,a nim kuuupa złotych sztabek

Ha- rzeźba- drzewo- żebym ja jednak pamiętała czyja :((( W Bratowym przewodniku było, ale po powrocie kupiałam sobie własny, a w moim nie ma :(

W Battery Park- zamek Clinton- jedyny ocalały fort Manhattanu

Bardzo sympatyczna promenada do miejsca, gdzie East River "łączy" się z rzeką Hudson

i do kompleksu WTC, z małym portem jachtowym tuż obok

Ciekawe, jak ten helikopter znalazł się na tej małej "półeczce"?

Opisywany już Winter Garden- opisywany jako miejsce "nianiowego klubu" ;-)

Takie fajne rzeźby z brązy stoją sobie na jednym ze skwerków przy brzegu- tu już chyba rzeki Hudson

albo takie sympatyczne fontanny

Jak jest Nowy Jork musi tez byc Statua- no to jest- i tylko tak ja oglądalam- jakoś nie miałam specjalnej ochoty płynąć i sie na nią wspinać- potencjalne kolejki zwiedzających mnie odstraszyły. Wystarczy mi jej widok z Battery Park.

Nie wyczerpał mi się jeszcze Dolny Manhattan, wrócimy do niego- może jutro?

23:09, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 listopada 2008
Central Park

U nas za oknami zima, a wrześniwy Central Park ze wspomnień zielony i ciepły. Dla mnie to jedno z magicznych miejsc w NY- morze zieleni, cisza, wieiwórki, ptaki, pełna sielanka- choc dookoła tego ruchliwe ulice, zgiełk, tłum spieszacych się ludzi. A tu czas jakby wolniej biegnie, drzewa tłumia hałas i wyłapuja spaliny. W jeziorkach pływają żółwie, wystawiając od czasy do czasu łebki nad wodę, całymi stadkami wygrzewają się na kamieniach i wystających z wody konarach. Po trawnikach skaczą wielkie szare wiewióry i pozują ze stoickim spokojem do zdjęć. Po gałęziach skacza różne ciekawe ptaszki. Cudowne miejsce na chwilę odpoczynku.

Alicja w Krainiew Czarów

Bow Bridge

Belvedere Castle

Bethesda Fouintain

Dairy

 

Mozaika pamięci Johna Lennona na Polach Truskawkowych

12:42, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 listopada 2008
Obcowania ze Sztuką ciąg dalszy, czyli Dorotka w Metropolitan Opera

Brat zrobił nam wspaniały prezent- dostałyśmy bilety do Metropolitan Opera na La Giocondę. Ze wzstydem muszę powiedzieć, że niezwykle rzadko zdarza mi się bywać w operze, w sumie w życiu byłam może z 10 razy (wliczając operetkę)- nie świadczy to o mnie najlepiej. No ale ta Opera to elita, a występujący tu śpiewacy także do elity należą. W La Giocondzie był też akcent "polski"- śpiewała Ewa Podleś- głosem przyprawiającym o ciarki na plecach i wyciskającym łzy z oczu. Ale jak to w operze- sa i humorystyczne akcenty, kiedy główny amant, zakochany Enzo, grubiutki facecik na krótkich nóżkach, wyznaje swą miłość ukochanej, w której roli występuje Olga Borodina o posturze Walkirii. I mimo wysiłków reżysera (Enzo na schodeczku ciut wyżej niż partnerka) śpiewaczka góruje wzrostem nad partnerem.
Ale co tam takie śmiesznostki, kiedy głosy boskie.

A w MET poza śpiewakami jeszcze dwa wspaniałe wielkie obrazy Marca Chagalla. No i ten blichtr, ten nastrój i te kontrasty- jedni w wieczorowych sukniach i smokingach, a obok inni w flanelowej koszuli, dżinsach i wyciągniętym swetrze...

Chagall nr 1

i Chagall nr 2- nie da się ich sfotografować inaczej, tylko z zewnątrz. Na poziomie obu malowideł mieści się ekskluzywna restauracja.

Dorota w przerwie- pan z drugiej strony rzeźby w czasie każdego antraktu (były trzy) gadał nieustannie przez telefon, w tym samym miejscu- podejrzewam, że czynił to też pomiędzy przerwami.

Przepiękne żyrandole.

12:44, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 listopada 2008
Muzea cz.2

Jak widać muzeów w NY jest tyle, a ich zbiory tak bogate, że w jednym odcinku opisać sie ich nie da- nawet tej garsteczki, którą odwiedzilam w czasie mojej nowojorskiej przygody.

Dziś następne- postaram się, żeby było krócej.

Na "drugi ogień" poszło Muzeum Historii Naturalnej, z które zdjęć nie ma- mi się akurat wyczerpała bateria w aparacie, a Mama co prawda robiła zdjęcia Dorotki z dinozaurami i wielkiego płetwala błękitnego, ale na dostanej płytce nie znalazłam tych zdjęć :( Też duże to muzeum- jak wszystko w NY. Na czterech piętrach zgromadzono wypchane zwierzaki z różnych stron świata, indiańskie totemy, muszle, minerały i kamienie szlachetne, wystawę poświęconą ludom Pacyfiku, szkielety dinozaurów i wymarłych ssaków, także wystawę o ewolucji człowieka. Jest tu też wspaniała ekspozycja nt. kosmosu. No ale zdjęć brak, musicie pojechać i zobaczyć sami ;-)

Drugim "bezzdjęciowym" muzeum będzie Rubin Museum ze sztuką Nepalu i Tybetu- nie tak wielkie, choć pięter kilka. Tego typu zbiorów właściwie nieoglądałam, lub widzialam niewiele. Jednym z wydarzeń artystycznych zorganizowanych przez Rubin Museum w czasie mojego pobytu był taniec mnichów z Buthanu na ulicach Manhattanu- my podziwialiśmy mnichów w Battery Park:

Dwa dni poświęciłyśmy na Metropolitan Museum of Art. Dwa dni, to zdecydowanie za mało. MOżna by po jednym dniu na każdą z większych ekspozycji. Jest chyba większe niż Luwr. Ale do zwiedzania niewygodne- przez to, że muzeum powiększało swoje zbiory i rozrastało się ukła sal w jego wnętrzu jest dość chaotyczny i trudny do ogarnięcia, mimo otrzymanych mapek i przewodniczków. Na początek popełzłyśmy do gigamtycznej galerii malarstwa europejskiego (żeby nie było, jest to malarstwo do XVIIIw., późniejsze ma osobną galerię). W trzydziestu salach jest chyba wszystko- od włoskiegp renesansu, przez malarstwo holenderskie (przepiękny Vermeer), barok, Hiszpanów, portrecistów angielskich... (no, nie znalazłam Leonarda da Vinci i Michała Anioła- tego drugiego mają szkice, obrazów nie napotkałam). W głowie mętlik i kociokwik. A przed nami jeszcze impresjoiści, Picasso, malarstwo współczesne (rozpoznawalne paćki Pollocka- hi hi, czegoś się o sztuce nauczyłam;-) ). W tym współczesnym ktoś wpadł na świetny pomysł- w paru miejscach powieszono obok siebie obraz, które wydawały się tak bardzo do siebie podobne (temat, kolorystyka, styl), że na pierwszy rzut oka typowało się tego samego malarza jako autora- a tu zonk- jednym był np. Picasso, a drugim ktoś inny.
A co poza obrazami? Rzeżba, starożytny Egipt, Grecja, Rzym, Chiny, Korea, Persja, Japonia, sztuka islamska, porcelana, instrumenty muzyczne (niektóre zupełnie niestamowite), wnętrza, trochę witraży Tiffany'ego, średniowiecze,  grafika i fotografie, broń. Nie pamiętam, co jeszcze :( No to zapraszam na małe zwiedzanko:

Takie wspaniałe kwiatowe kompozycje witają zwiedzających w holu głównym muzeum.

Hipek, który jest "maskotką" MET

Świątynia Dendur, przeniesiona tu w całości z Egiptu

Rzeźba afrykańska- specjalnie dla "mlećkowych" wielbicieli

A to sztuka trochę bardziej prymitywna- z Oceanii

Był "jamnik" jest i wychudzony kotek ;)

To Dali- żeby nie było, że się na niego pogniewałam

I moja ulubiona tancerka

Była też rekonstrukcja chińskiego Ogrodu Mistrza Sieci

A teraz najbardziej fotogeniczne miejsce w Metropolitan Museum of Art, czyli taras na dachu, gdzie wystawiane sa sezonowo duże rzeźby i skąd roztaczają się przepiękne widoki na Środkowy Manhattan i morze zieleni Central Parku i gdzie wreszcie mogłam napić się kawy ;-)

Takie właśnie rzeźby były eksponowane. Nazwiska rzeźbiarza oczywiście w swej ignorancji nie pomnę, na K się zaczynało i były tam dwa E (a może dwa O). I jest to Amerykanin. Powyżej Balonowy Pies- nie z balona wykonany.

A tu Serduszko

I jeszcze Książeczka do Malowania (albo malarska?- tytuł był chyba Paintings Book).

I cały taras z Dorotką na pierwszym planie

A tu Rodin, który stoi na tarasie na stałe.

I widoki z dachu:

Na stronę południowo-wschodnią, czyli 5th Avenue

i na zachodnią

Też na zachodnią- ta zachodnia ma zdecydowanie niższą zabudowę, co widać chyba na zdjęcich.

Ostatnie ze zwiedzonych muzeów- Muzeum Guggenheima. Ma ono stałą ekspozycje sztuki współczesnej (załapałyśmy się tylko na jedną salę, albowiem za dwa dni miała zostać otwarta nowa wystawa i pozostałe były w związku ze zmianai zamkniete). Natrafiłyśmy za to, zupełnie niechcący, na ostatnie dni wielkiej wystawy poświęconej twórczości owej Luizy B. (jezcze nie sprawdziłam pisowni)- od początkowych okresów, gdy malowała kobiety skrzyżowane z domamy, poprzez kijki w grupach i samotne, piramidki z drewienek nanizanych na metlowy pręt, okres "jajeczny" (zwany chyba obłokowym), dzieła w stylu "Małej Dziewczynki", potem komórki aż do depresyjnych manekinów. Mamo Heleny droga nie gorsz się, proszę. Ja z zainteresowaiem ogladałam. A że nie lubię- cóż, de gustibus...

Muzeum z zewnątrz

I od środka

Te dwa wiszące "kokony" to też rzeźby pani L.B.

"Pajęczyca" i okresu pajęczego ?

Dorotka uchachana (uhahana?) własną ignorancją i tym, że za samą wystawę tylko pani LB zapłaciła 20 USD, a za wizytę w MET 1 USD! Ale cóż, zniżek z powodu zamknięcia sal z Picassem i innymi nie było u Guggenheima. A MET to muzeum państwowe, gdzie co prawda sugerowana cena to też 20 dolarów, ale można zapłacić jednego.

I aby zakończyć muzealny wątek- dwa zdjęcia muzeów tylko z zewnątrz (bo w środku nie byłam):

Muzeum Indian Amerykańskich na Dolnym Manhattanie

i Muzeum Holokaustu.

 

 

 

11:57, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 listopada 2008
Muzea

Rozprawię się z nimi na samym początku, hurtem. A to dlatego, że ja zasadniczo za muzeami nie przepadam. Nie żebym wcale ich nie odwiedzała, no taka znowu nie jestem. Ale męczy mnie ogromnie łażenie po milionach sal i oglądanie z pietyzmem każdego obrazka, każdej skorupki, każdej etruskiej "patelenki" i sarkofagu (to trauma z muzeum w Perugii i Volterze). Lubię zobaczyć sobie, to, co naprawdę mnie interesuje, a resztę "przelecieć' lub wręcz pominąć.
Trudno jednak pojechać do NY i nie pójść do żadnego muzeum. Zwłaszcza, że zbiory, które są w nich zgromadzone przewyższają chyba wszystkie inne. No więc trudno, trza zagryźć zęby i pomaszerować ;-)

Na pierwszy ogień padła MOMA (Museum of Modern Art), niestety termin był niezbyt fortunny, bo zaraz po naszym przylocie, w sobotę- jeszcze dawał mi się we znaki podróżny ból głowy, adaptacja do zmiany strefy czasowej i ogólne niezorientowanie w terenie, co powodowało irytację i trudności w kontemplowaniu sztuki. A kontemplować było co- akurat końcyzla się specjalna wystawa poświęcona twórczości Salwadora Dalego- oprócz obrazów można też było pooglądać filmu, zrealizowane przez niego lub do jego pomysłów. Żałuję, że z powodu swojej niedyspozycji nie mogłam należycie docenić tej wystawy, ból głowy sprawiał, że patrząc na czarno-białe "trzęsące" się filmowe obrazki dostawałam dodatkowo zawrotów głowy i mdłości. Lepiej poszło z dalszą częścią ekspozycji na pozostałych pięciu pętrach muzeum (szóste piętro zajmował właśnie Dali)- sztukę współczesną lubię, bawi mnie, dziwi, zaskakuje. Humor zdecydowanie mi się więc poprawił. Oto kilka fotek- zasadniczo w muzeach eksponatów nie fotografuję, bo lepsze zdjęcia można znaleźć w albumach, ale żeby coś zostało na pamiątkę...

Rząd zmierzłych bab- na końcu najzmierźlejsza ;-) Żebym to ja pamiętała, kto był autorem :-(

Ulubiony od pobytu w Wiedniu Klimt

Giacometti- przyjmijmy, że to jamnik (na cześć jamników i dla nich zdjęcie zrobiłam), chociaż pewnie jest to raczej moco wychudzony wyżeł kłapouchy czy inny chart. Ale na domowy uzytek niech będzie jamnik ;-) Giacomettiego i jego "chudzielców" lubię bardzo.

Wiadomo- Warhol

To też sztuka- zwykle wprawia mnie ten rodzaj sztuki w doskonały humor- i tym razem też zadziałało.

Hmmmm- tytuł brzmiał zdaje się "Mała Dziewczynka" czy "Mała Córeczka", autorkę też pomnę, jest nią, żyjąca obecnie i wciąż tworząca swoje rzeźby Francuzka (teraz w trochę innym stylu), mieszkająca obecnie w NY- boję się tylko, że źle napiszę imię i nazwisko, napiszę więc fonetycznie (horror, wiem), a potem poszukam pisowni i zmienię- [luis burżua]. O niej więcej będzie troszkę później, bo dużą wystawę jej prac od początku twórczości do czasów obecnych (urodziła się chyba w 1913 lub 1911r., więc sporo ma już lat ta pani) ogladałam w innym muzeum.
A czy tytuł dzieła ma coś wspólnego z małą dziewczynką????- No dobra, czytałam interpretacje, uzasadnienia, opisy tego okreu jej twórczości- ale jestem głupia i nie zabrałam ze sobą owej ściągawki, a pamięć wyrzuciła zbyt wiele, więc nie będę się wygłupiać.

Na koniec- widok z okien MOMA na Środkowy Manhattan

Następny odcinek muzealny dziś wieczorem- jeśli wydrę komputer z rąk okupujących go nieustannie potomków. A więcej zdjęć z MOMA być może znajdzie się na płytce, którą mam od mamy (może Picasso jakis tam się zaplątał...)- to uzupełnię.

12:26, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 listopada 2008
Dlaczego nie chciałabym zamieszkać w NY

Zainspirowana komentarzem Ewy i trochę w odpowiedzi na ten komentarz, troszkę najpierw ponarzekam. Potem będa już tylko pozytywy.

A zatem- dlaczego uważam, że Nowy Jork, to nie jest miasto do mieszkania dla mnie.
Po pierwsze- jest stanowczo za duży, zbyt hałaśliwy, za bardzo zatłoczony. Za wielkie tu są domy, za mało zieleni. Nie jest to miasto dla rodziny z dziećmi. Single i pary bezdzietne i owszem, mają tu mnóstwo możliwości- pod warunkiem oczywiście, że ma się odpowiedznią ilość pieniędzy i czasu- a to wcale nie jest takie oczywiste.
Małe dzieci i ich rodzice mają jednak w NY życie niełatwe. Podobnie osoby niepełnosprawne. Ameryka to nie Europa, wcale nie ma tu koniecznych dla wózków (dziecięcych czy inwalidzkich) udogodnień. Gdzieniegdzie są, ale w wielu miejscach ich wcale nie ma. I to było dla mnie szokiem- przyzwyczajona do krajów europejskich, w których podjazdy i windy są standartem. A tu wcale nie! Na wiele stacji metra na Manhattanie można się dostać tylko po schodach- a metro to przeciez najwygodniejszy i najszybszy środek komunikacji. Windy- jeśli już są- to nierzadko służą jako toalety dla bezdomnych, jazda taką windą stanowi więc prawdziwe wyzwanie. Podróżowanie metrem dostarcza jeszcze dodatkowych atrakcji zwłaszcza w czasie upałów- na górze gorąc, na dole jeszcze większy plus zaduch, bo wentylacji chyba nie ma lub nie daje rady, za to w wagonikach czasem mróz- jak znoszą to malutkie dzieci pisać nie muszę. Byłam szczęśliwa, że nie ma ze mną Trusi. Do miejskich autobusów z dziecięcym wózkiem można wsiąść tylko pod warunkiem, że wózek jest złożony, a dziecko znajduje się na rękach u rodzica (w metrze przepis jest podobny, ale na szczęście nieegzekowowany, natomiast kierowca do autobusu,nawet pustego, nie wpuszcza dziecka w wózku i nie wzrusza go wcale to, że dziecko właśnie zasnęło). Autobusów niskopoodłogowych nie zauważyłam, ale też nie korzystałam z tego środka komuniakcji, więc się nie wypowiadam.
Na Manhattanie (bo ten kawałek NY poznałam i o tym piszę) nie ma wielu miejsc, gdzie można by się z maluchem udać na spacer- Central Park owszem piękny i urokliwy, ale nie każdy mieszka w pobliżu.
Płatny urlop macieżyński trwa zdaje się około 6 tygodni- potem można sobie zafundowac urlop bezpłatny. Jak ktoś musi wrócić do pracy, to znajduje nianię. Obserwowałam owe nianie i błogosławię moją Pasię i jej podejście do dziecka. Większość opiekunek, takie odniosłam wrażenie, traktuje swoich małych podopiecznych tak samo, jak traktowałaby na przykład psy, koty itp. Niania karmiąca malucha jedzeniem ze sloiczka w parku siedzi na ławce i podaje łyżeczkę za łyżeczką nie zagadując do malucha, nie uśmiechając się, nie nawiązując praktycznie żadnego kontaktu. "Klub baby-sitters" założyły sobie nianie w tzw. Winter Garden w kompleksie WTC- a nie jest to bynajmniej ogród tylko rodzaj przeszklonej hali, w której roślinami są, prawdziwe owszem, palmy, ale nic poza tym. Nianie w ramach "zajęć klubowych" siedzą na krzesełkach i plotkują, a dzieciaki nudzą się w wózkach. A w Central Parku nianie wypuszczają co prawda dzieci na ogrodzone trawniki, same zaś zasiadają w dziecięcych wózkach (!) i plotkują, od czasu do czasu tylko zerkając, czy dzieci są bezpieczne. Obserwacja polskich opiekunek wypada zdecydowanie bardziej na plus. A nasza Pasia jest na tle tego wszystkiego wręcz ideałem.

Takie sobie, między innymi, cienie potencjalnego mieszkania z Trusią w NY zaobserwowałam. Są i inne- bardzo drogie mieszkania i niebotyczne czynsze (bo i miasto prestiżowe, więc tanie być nie może). Stosunkowo długi czas pracy i duże odleglości- pracując niewiele ma się czasu dla dziecka.
Nie wspomnę o fatalnym systemie ubezpieczeń zdrowotnych- podobno ogromny procent społeczeństwa nie ma żadnego i w razie choroby musi płacić za leczenie- chyba, że jest osobą bez pracy i ubogą lub w podeszłym wieku- wtedy przysługuje mu darmowe leczeni, ale wcale nie w tych wypaśnych szpitalach, które pokazują nam na filmach, nie w tych wspaniałych klinikach, stosujących najnowocześniejsze metody diagnostyki i leczenia. Podobno jedną z najczęstszych przyczyn bankructw ludzi z tzw. klasy średniej są długi wynikające z leczenia szpitalnego, którego ubezpieczenie w całości nie pokrywało!

No dobra, ponarzekałam sobie. Trochę wynika to z wciąż słyszanych zachwytów, jakie to Eldorado z tych Stanów. Trochę pewnie jest to wynikiem wciąz tkwiącej w moim sercu zadry, która zagnieździla się tam lata temu, kiedy to zauroczona pobytem w USA moja teściowa wysłała w imieniu mojego męża papiery do "zielonej karty" i pewnego pięknego dnia zastaliśmy zaskoczeni grubaśną kopertą z dokumentami- zaskoczeni dowiedzieliśmy się, że oto staliśmy się "szczęśliwymi" posiadaczami rzeczonej! Jak widać ten kraj nie był nam przeznaczony- i dość na ten temat!

Ale są blaski, są. Zwłaszcza z punktu widzenia osoby, która w NY mieszkać nie musi, przyjechała na chwilę po to, żeby te blaski własnie odkrywać. Jest tolerancja- nieważne, jaką masz skórę, jak jesteś ubrany, w jakim mówisz języku - wolno ci. Można sobie wyjść rano po sprawunki w piżamie i nikt się nie ogląda. Widziałam dobrze już starszą kobietę w Central Parku z słuchawkami od MP3 w uszach tańczącą sobie w rytm muzyki przy Alicji w Krainie Czarów- i nikt się nie dziwił, nie patrzył głupio, nie stukał znacząco w czółko. Fajna jest otwartość nowojorczyków na innych, śmiałość w proponowaniu pomocy- wystarczyło, że rozłożyłam mapę, a już ktoś podchodził i pytał, gdzie chcę się dostać. W muzeum wolontariusze sami podchodzili i pytali, czy nie potrzebujemy pomocy lub rady. Pani w sklepie, gdzie kupowałam kosmetyki ostrzegała przyjaźnie, żebym dobrze schowała pieniądze. Portier w domu, gdzie mieszkałam, zagadywał, jak się dzis mam, pytał, co robiłam i życzył miłego dnia. W metrze bywało, że ktoś się przesiadał na inne miejsce, żebym mogła usiąść koło mojej mamy. U nas chyba rzadziej się to zdarza.

I tyle refleksji- teraz zdjęć parę- z najbliższej miejscu mojego nowojorskiego pobytu okolicy- a było to Downtown, czyli Dolny Manhattan- miejsce, od którego powstał Nowy Jork.

Brooklyn Bridge, a za nim następne- w kilku kawałkach, bo całości aparat nie ujął.

Za mostem- Pier 17- rodzaj molo (?) ze sklepami

A pod mostem tegoroczny projekt artystyczny czyli Waterfalls- takie sztuczne wodospady poustawiano w kilku miejscach na East River.

Zabytkowe statki- częśc muzeum Soth Seaport. I te mniej zabytkowe też ;)

Mostek kapitański- obecnie naziemny ;)

I budynek muzem

oraz jedna z moich ulubionych ulic, czyli South Seaport Street.

20:49, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Startujemy

Zapraszam na spacer po ulicach Nowego Jorku, a właściwie jego kwintesencji, czyli Manhattanie. Przez całe dwa tygodnie mojego wrześniowego pobytu w tym mieście poza Manhattan wyprawiłam się tylko dwa razy- do Ogrodu Zoologicznego na Bronx i na lotnisko JFK w dniu wylotu do domu. Przypadkowego przeoczenia właściwego przystanku metra i przejechania przez tunel pod East River na Brooklyn nie liczę ;)

NY budził we mnie bardzo różne uczucia. Wcześniej nawet wcale nie miałam zamiaru się tam udawać- przynajmniej dopóki nie zostaną zniesione wizy dla Polaków, jako że cała upokarzająca procedura wymyślona w celu otrzymania owej wizy skutecznie zniechęcała mnie do podejmowania takowej podróży. Pomyślałam sobie, że za stara już jestem na wystawanie w mrozie pod konsulatem i udowadniania komuś, że Ameryka to nigdy nie był kraj, w którym pragnęłabym nielegalnie zostać i sprzątać czyjeś kible, zamiast, na przykład, zupełnie legalnie wyjechać sobie do dobrze opłacanej pracy w zawodzie gdzieś w Europie. Wkurzała mnie zawsze megalomania Amerykanów i ich przekonanie, że dla każdego USA to szczyt marzeń i pragnień.
Jednak różnica zdań ze Starszą Córką na tematy wyjazdowe, tudzież brak możliwości (rok temu podejmowałam ową decyzję i taki był stan na tamten czas) przyjazdu mojego Brata do Polski, chęć poznania Bratanka i zobaczenia się z ulubioną Bratową przeważyły i postanowiłam się przemóc i o ową wizę nieszczęsną wystąpić. Najgorzej nie było- nikt mnie jakoś nie podejrzewał, że zamierzam w USA pozostać, więc niczego nie musiałam udowadniać. Wiże dostałam bezproblemowo, chociaż nie obyło się naturalnie przed przytupywaniem na mrozie pod krakowskim konsulatem- to się już od lat nie zmienia.

Pierwsze wrażenia po przlocie pozytywne nie były- NY to miasto nie dla mnie, to w ogóle nie jest miasto, w którym chciałabym się znaleźć. Czułam się malutka, zagubiona, zestresowana, wszystko było za wielkie, zbyt hałaśliwe, brzydkie.
Ma jednak swój urok ukryty i magię to miasto, już po paru dniach moja niechęć wyewoluowała w zainteresowanie, a po kolejnych znalazłam wiele miejsc, które pokochałam i  w które mam nadzieję jeszcze kiedyś wrócić. Bo w NY trzeba po prostu głowę mieć zadartą do góry, żeby zobaczyć piękno drapaczy chmur i starania budowniczych, żeby nie byly to tylko nudne sześcianiki. Trzeba się powłóczyć po Central Parku, wjechać na taras Metropolitan Museum, zagłębić w uliczki China Town, poprzepychać w tłumie Włochów w Little Italy świętujących akurat San Gennario. Ach, i posmakować tych wszystkich pyszności serwowanych na każdym kroku, tych chińskich specjałów niepodobnych do niczego, co wcześniej jadłam, sushi, które pokochałam...

Bo to jest miasto,  w ktrym znajdzie się chyba wszystko- tylko czasem trzeba trochę dłużej posiedzieć przd kompem i poszukać, a potem pozaśledzać na mapie.

Nie, nie chciałabym tu zamieszkać. Aż tak daleko moja sympatia nie sięgnęła i chyba nie sięgnie. Ale wrócić- o tak, na pewno jeszcze kiedyś wrócę :)

A na początek- taki właśnie widok witał mnie co rano, gdy wyglądałam sobie przez wielkie okno na 32 piętrze:)

11:31, dsmiatek
Link Komentarze (4) »